Agnieszka Kisiel (Nashe) – rozmowa

To opowieść o wielkiej pasji, sile marzeń i znalezieniu swojego prawdziwego JA w biznesie. Przepiękne torebki z duszą, ogrom ciepła płynącego z głębi serca i rzemieślnicza precyzja to właśnie, jedyna w swoim rodzaju, Agnieszka Kisiel. A pod jej skrzydłami, wypełniona zapachem skóry, pracownia kaletnicza – Nashe.

Słyszałam coś o torebce Twojej babci, co to za historia?

Ta torebka była w moim życiu od kiedy pamiętam! W dzieciństwie bawiłyśmy się z siostrami w przebieranki, wyciągałyśmy ubrania i akcesoria babci. Jednym z elementów była też ta torebka. Towarzyszyła ona również babci w najważniejszych momentach jej życia. Gdy zabrakło jej na świecie, zachowałam sobie tę torbę na pamiątkę po niej. Noszę ją często do tej pory i wciąż mi służy. Dodatkowo połączyło się to z moją drogą zawodową.

Już ponad 7 lat działam w branży torebkowej.  Na początku miałam jedną markę, ale niestety po pewnym czasie sytuacja zdrowotna zmusiła mnie do przerwania jakichkolwiek działań biznesowych. Musiałam zwyczajnie przetrwać ten trudny czas. Podczas tej koniecznej przerwy, przez 3 lata bardzo intensywnie myślałam, jak ma wyglądać moja nowa, wymarzona firma. Wiedziałam, że w końcu powstanie, bo bardzo, baaaardzo tego chciałam! Musiałam tylko czekać na odpowiedni moment. Wtedy też ta torebka babci przewijała mi się w myślach. Uznałam, że w nowym projekcie,  chciałabym zrobić coś takiego, co będzie właśnie tak, jak ta torebka, służyć przez kilkadziesiąt lat. Ona jest przede wszystkim świetnie zrobiona, z doskonałej skóry i tam dosłownie nie ma co się popsuć. Biorąc pod uwagę fast fashion, który teraz mamy tak naprawdę wszędzie (torba potrafi żyć 2, 3 miesiące i się rozpada), wiedziałam, że nie będzie łatwo. Ale pomyślałam sobie: „Kurczę, co z tego! Ja po prostu chcę zrobić coś innego!” Mam takie swoje powiedzonko: Jak kochać to księcia, jak kraść to miliony. Wszystko albo nic, nie ma miejsca na półśrodki. Bardzo dużo czasu zajęło mi więc stworzenie tego nowego projektu. Ogromnie zależało nam, żeby zamiast przypadkowej historii, mieć sprecyzowany i przemyślany pod każdym możliwym aspektem plan. Jak ruszać, to z kopyta!

Torebka, o której mówimy, była moją inspiracją w tym wszystkim, drogowskazem, a osobiście również pewnego rodzaju talizmanem. Jakby babcia Hania, czuwała nade mną i dbała, aby wszystko układało się tak, jak powinno. Jestem bardzo sentymentalna i wiem, że to śmiesznie brzmi, ale chciałabym, żeby te moje torby również były przez kogoś w ten sposób odbierane. Żeby to nie była historia jednego sezonu, tylko by faktycznie „żyły” bardzo, bardzo długo.

Dużo dobrego słyszałam i czytałam o Twoich torebkach. Określa się je zdecydowanie jako produkt premium. Trudno było Ci wprowadzić go na rynek, rozkręcić biznes? Miałaś obawy związane z wejściem w segment rynku, na którym z samego założenia grupa docelowa jest mniejsza?

Oczywiście, że miałam obawy! Miałam ich bardzo dużo i mam do tej pory! Tak naprawdę jesteśmy dopiero 1,5 roku na rynku, więc to wciąż młoda marka. Można powiedzieć, że cały czas się wdrażamy rozwijamy, wchodzimy w ten świat. A czego najbardziej się obawiałam…? Tego, czy ludzie potrzebują mojej wizji torebki, czy faktycznie znajdzie się klient, dla którego będzie istotne to, co dla mnie. Czy moja estetyka znajdzie odbiorców, czy to, co mi się podoba, to co ja uważam za fajne i eleganckie będzie tak samo odbierane przez innych. Nashe nie do końca podąża za tymi trendami, które w obecnych czasach pojawiają się bardzo często. Moda kiedyś zmieniała się raz na dekadę lub maksymalnie co kilka lat. Teraz trendy potrafią się zmieniać nawet 4 razy do roku, co dla mnie jest zdecydowanie nie do przeskoczenia.

Jedną z pierwszych i najważniejszych rzeczy dla mnie była zawsze analiza klienta docelowego, jaki on jest, gdzie on bywa, co lubi robić. W czasie tej mojej 3-letniej przerwy przeczytałam i przerobiłam całą masę kursów oraz książek dotyczących obsługi klienta, marketingu, rozwoju osobistego i firmy. Bardzo się do tego przykładałam i wiedzę tę pogłębiałam. Na początku jednak absolutnie nie potrafiłam przełożyć tego na praktykę. Wiele młodych firm ma problemy z wejściem w coś zupełnie nowego. Będąc nowym w danej branży, trudno jest od razu wiedzieć, co dokładnie robić. My działaliśmy więc troszeczkę intuicyjnie, troszeczkę kierowaliśmy się tymi wszystkimi poradami, gdzie szukać klienta. Oczywiście nie było tak, że od razu zamówienia się posypały. To był taki efekt kuli śnieżnej, zaczęło się po prostu powoli. U nas bardzo dobrze działają polecenia, zadowolone klientki mówią o nas dalej. A my tak naprawdę cały czas uczymy się tego klienta idealnego i idziemy w kierunku rozpieszczenia tych osób, które już do nas trafiły. Wiemy, że całego rynku nie da się zadowolić. Tworzymy torebki z myślą o naszych klientkach, dobieramy kolory, wybieramy surowce. Chcemy, żeby czuły się u nas dobrze i miały swój wkład w powstający produkt. Nie wszystko jednak się da przeskoczyć. Dużo pań prosi o złote okucia w torebkach. Z doświadczenia wiem, że one dużo szybciej się niszczą niż te srebrne, wycierają lub tracą kolor. I chociaż mam świadomość, że mielibyśmy dużo więcej zamówień na takie produkty, to się na to nie decyduję, bo zwyczajnie nie spełniłyby one naszych wymagań, standardów. Sama sobie odcinam tutaj pewną gałąź zysku, ale wiem, że tylko takie drastyczne restrykcje pomogą mi zachować jakość, która jest moim priorytetem. Reklamacji mamy bardzo mało i są one od ręki załatwiane na korzyść klienta. To jest moje założenie biznesowe, żeby klientki wyszły od nas zadowolone, czuły się dopieszczone i wiedziały, że mamy dla nich czas.

Na swojej stronie i w SM opowiadasz, że każdy produkt przechodzi przez Twoje ręce. To na pewno wyraz pasji i dążenie do dbałości o jakość, podobnie jak indywidualne liściki do Twoich klientów, które trafiają w ich ręce razem z torbą czy torebką.

Ja to uwielbiaaaam!!! Mogę opowiadać o tym cały dzień, a że nie mam za bardzo komu, to tym bardziej się cieszę, że chcesz mnie słuchać.

Jeśli chodzi o liściki, to nie mamy do nich żadnego oklepanego szablonu. Każdemu piszę coś osobistego, co odzwierciedla naszą relację, to o czym rozmawialiśmy lub pisaliśmy wcześniej. Z klientkami lub też klientami mamy zazwyczaj dobry kontakt już przed zakupem. Piszą do nas, wymieniamy uwagi, niektóre rzeczy wyjaśniam, robię zdjęcia , filmiki, żeby na pewno byli zadowoleni.

W moim odczuciu Twoje działania to także czysta, rzemieślnicza rzetelność wytwórcza. A Ty? Czujesz się trochę rzemieślniczką?

Taaak, ja jestem rzemieślnikiem. Nie uważam siebie na pewno za żadnego takiego oderwanego od świata artystę. Absolutnie! Jestem po prostu rzemieślnikiem, który ma pewną wizję. Z taką rzemieślniczą dokładnością i precyzją staram się te moje pomysły (i często pomysły klientek) wprowadzać w życie. Jestem dumna z tego, kim jestem. Uważam że to jest wspaniała sprawa, rzemieślników jest już w tym momencie garstka, a podobne mojemu zawody niestety wymierają.

Pozostanę trochę w temacie rzemiosła. Bezsprzecznie jest go wokół nas coraz mniej. „Zwykły człowiek” – konsument, w wielu przypadkach nie potrafiłby powiedzieć czym jest rzemiosło. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat? Czy we współczesnym świecie jest jeszcze miejsce na dobrą, rzemieślniczą robotę? A może to obszar, który należałoby odkryć i zbudować na nowo?

Oczywiście, że jest miejsce! Znam masę kobiet i ciągle poznaję, które chcą kupować właśnie od nas i są chętne kupić coś porządnego, nawet kosztem trochę wyższej ceny. Tu nie chodzi o samą torebkę, tylko właśnie świadomy, celowy wybór miejsca. Wnioski wyciągam z tego, co te panie do mnie piszą. Bardzo często mają co do nas konkretne oczekiwania. Przedstawienie sytuacji i potrzeb wcześniej sprawia, że torba powstaje z myślą o tym, komu ma służyć. Klientka dostaje więc produkt szyty od początku do końca na jej zamówienie, z jej energią, taki specjalnie dla niej. Na to z pewnością nie ma miejsca w fabrykach szyjących torby w setkach lub tysiącach egzemplarzy.

Moja firma – Nashe to dla mnie ogromna pasja. Szyję z sercem. Jest to przygoda życia i ogromna przyjemność. Nieraz płaczę ze wzruszenia widząc miłe odpowiedzi zadowolonych klientek: „Nigdy nie dostałam tak pięknie spakowanej torebki!”. Jedna z pań napisała, że zostawiła sobie paczkę na koniec dnia, wzięła lamkę wina i dopiero wtedy otworzyła. Dodatkowo swojej siostrze poleciła to samo! To są takie słowa, że naprawdę serce rośnie i to dzięki nim chce się tworzyć dalej. Mamy wspaniałe grono osób wokół siebie. To nie jest przecież oczywiste i powszechne, że klienci w taki sposób wyrażają swoje zadowolenie. Słyszałam, że na 10 dobrych opinii średnio 1 pójdzie w świat, a na 3 złe, wszystkie 3 pójdą. Do nas naprawdę masa osób pisze z podziękowaniami. Jestem bardzo wzruszona, że naginamy statystki w tę dobrą stronę. Ja tej firmy nie prowadzę po to, żeby dorobić się milionów i wyjechać na Bahamy. Ona sama w sobie jest moim marzeniem. Mam coś takiego bardzo swojego, wyjątkowego, a do tego wspaniałych ludzi i  niesamowite przeżycia. To szczególnie dla mnie jest bardzo ważne. Oczywiście klientki też muszą się u mnie dobrze czuć, bo to dzięki nim mogę się realizować. Wiem, że bez nich niczego by nie było. To taka nasza symbioza idealna, taki krąg życia.

Czy jest coś, czego nie wiedziałaś zakładając firmę, a w praktyce bardzo cię to zaskoczyło?

Tego była cała masa. Ja wciąż się uczę. Jest taki ogrom informacji, które przedsiębiorca musi znać, że nie jeden raz się już w tym pogubiłam. Jestem na dziesiątkach grup biznesowych, oczywiście na Drobnychustrojach też i czerpię z nich ogromną wiedzę. Mimo to nie jestem w stanie wszystkiego pojąć. Człowiek musiałby cały czas siedzieć tylko i czytać te wszystkie ustawy, zmiany, nowelizacje. Było więc mnóstwo rzeczy, o których nie wiedziałam i nadal jest ich pełno. Dla mnie to bardzo stresujące. Uważam że odgórnie powinno to być jakoś inaczej, jaśniej prowadzone.

Masz może jakieś ostrzeżenia lub rady wynikające z Twoich osobistych doświadczeń dla osób chcących założyć działalność?

O tym też bym mogła mówić 2 albo i 3 dni, hahaha. Na pewno pierwsza superważna sprawa, to robić wszystko maksymalnie legalnie. Naprawdę wiem, że dużo osób na niektóre rzeczy przymyka oko, ale to  się potem zemści, kochani. No nie ma tematu, wszystko musi być legalne i sprawdzone. Doskonała księgowa, na której absolutnie nie warto oszczędzać. A już tym bardziej dla tych 200, czy 300 złotych nie robić tego samemu. Nie na wszystkim musimy się znać i to, co możemy powinniśmy  oddać w ręce fachowców. Od strony prawnej, formalnej powinno być wszystko super mega dopracowane, bo dopiero wtedy można w miarę spokojnie prowadzić biznes.

Kolejna ważna rzecz, to fakt, że z rozwojem firmy nie należy się spieszyć. Myślę, że optymalnie jest dać sobie czas około dwóch lat. Ja przyjęłam taki plan, że wszystko, co zarabiamy, inwestujemy dalej w rozwój firmy. Oznacza to, że na razie na Nashe praktycznie nie zarabiamy, a wypłacanie środków dla siebie jest rzadkością. Wiem, że były takie sytuacje, że młodzi przedsiębiorcy widząc te pierwsze zarobione pieniądze, wykorzystali je na swoje uciechy i schody pojawiały się już na początku. Płynność finansowa to jest absolutna podstawa, bo sytuacje mogą być różne. Nagle pojawia się koronawirus, czy cokolwiek innego i stajemy się bezradni. Radzę powściągliwość z wydawaniem poza firmowym tego, co zarabiamy i ciągły rozwój, ciągłe dawanie czegoś nowego.

I ostatnia rada: Nie słuchać osób, które mówią „ty musisz to robić szybciej i musisz robić więcej”! Słuchaj, Gucio, wcale nie musisz, bo dobrze jest się rozwijać w swoim tempie. Gdybyśmy na początku dostali tyle zleceń, ile mamy teraz, to prawdopodobnie byśmy się zaklinowali i nic by z tego sensownego nie wyszło. Spokojne rozwijanie skrzydeł, niesłuchanie „złotych” rad i realizowanie swoich planów najpewniej doprowadzi nas tam, gdzie być chcemy. Z pośpiechu i naginania własnych zamierzeń wychodzi tylko olbrzymia frustracja nasza i klientów, a tego nie chcemy.

Prowadzenie firmy to wzloty i upadki. Opowiedz proszę o tych chwilach, które sprawiają, że chcesz dalej iść do przodu i dawać z siebie jak najwięcej. I o tych, w których chciałoby się wszystko rzucić i uciec na bezludną wyspę albo wrócić na etat.

Odpowiem ci może na przykładzie. Jedna z naszych klientek, która kontaktowała się z nami już od jakiegoś czasu, zdecydowała się w końcu na jedną z najdroższych toreb. Pani w międzyczasie napisała nam,  że ma bardzo złe doświadczenia z zakupami internetowymi i miała kilka niefajnych sytuacji. Wyczułam więc, że jest to klient, o którego wyjątkowo muszę zadbać. Co jakiś czas upewniałam ją, że jesteśmy i działamy, a zamówienie jest w toku. W końcu torba została uszyta, wywrócona na drugą stronę i okazało się, że na środku torby są okropne zarysowania. Zamarłam i mówię: „Boże Święty, nie wyślę tego…”, a już był deadline… Zebrałam się na odwagę i napisałam (a wiedząc, że ona ma już złe doświadczania z takimi zakupami, tym bardziej bałam się jej reakcji), baaardzo ją przeprosiłam, powiedziałam, że zamówienie się wydłuży, musimy uszyć od nowa. Nie była za bardzo zadowolona z tej sytuacji, ale jednocześnie podziękowała, że nie wysyłamy jej tej wadliwej torby. Wcześniej wiele razy dostawała produkty, które miały wady i nikt się tym nie przejmował. Doceniła, że my o tym szczerze mówimy. Zaczęliśmy więc szyć drugi raz i w newralgicznym momencie – przy wywracaniu, niestety tak się nam ta torba wygięła, że nic się nie dało z tym zrobić… Musiałam więc znowu odezwać się do tej pani, która ma ZŁE doświadczenia z obsługą i zamówieniami. To był taki trudny moment, bardzo się przejęłam, że wyjdzie zaraz, że my jesteśmy jakąś nierzetelną, nieodpowiedzialną firmą i że co my sobie myślimy, a my się przecież tak staramy! Zadzwoniłam do pani, była trochę niezadowolona, ale zaproponowałam jej zniżkę za to opóźnienie, prezent i poprosiłam o jeszcze trochę cierpliwości. O dziwo, pani znowu ona nam podziękowała! Doceniła, że jesteśmy na tyle uczciwi, że ją informujemy i tak dalej, i że poczeka! Za 3 razem torba wyszła prześliczna. Pani, po otrzymaniu jej była tak zachwycona, że wystawiła nam przepiękną rekomendację i powiedziała, że będzie nas polecać każdemu, bo taki sprzedawca się po prostu nie zdarza.

Mamy tutaj te dwa momenty. Po pierwsze kiedy się odechciewa, bo coś idzie całkowicie nie po naszej myśli. Staramy się, jak umiemy, a i tak nam nie wychodzi. I po drugie te absolutnie najwspanialsze chwile, kiedy dostajemy takie piękne wiadomości od naszych klientek. Ja wtedy po prostu zazwyczaj płaczę, jak taka stara ciotka, ale to właśnie dzięki tym miłym chwilom wiem, że to co robię ma sens i ktoś to docenia.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *